niedziela, 24 września 2017

Epopeja o Aniołach – inny aspekt podróżowania

tatuaż słońce i księżyc, harmonia

Dawno mnie tu nie było. Teraz nawet trochę wstyd mi tu zaglądać ze względu na jakość tej strony. Mimo wszystko największą wartość widzę w słowach i z tego powodu chciałabym Was zaprosić do wysłuchania tej opowieści. Rozsiądźcie się wygodnie, owińcie kocem, wdychajcie zapach herbaty i zapuście korzenie w swojej przestrzeni. Pozwólcie się poprowadzić na te kilka minut, bo będziemy rozmawiać o rzeczach baśniowych – tych które są dookoła nas – o Aniołach.


Nigdy nie zapomnę tego dnia, momentu, gdy poznałam najważniejszą osobę w moim życiu. Wracałam z camino – moich bóli, smutków, zbioru wszystkich niespodziewanych sytuacji, których nigdy nikt nie przypisałby pielgrzymce. Po około miesięcznej podróży marzyłam o jednym – o byciu w domu. Powiedziałabym nawet – uświadomieniu sobie, że takowy mam, bo wcześniej mój dom ograniczał się do namiotu gdzieś w okolicach nad oceanicznych plaż.
Kawałek za Lyonem, droga na północ, autostrada w stronę Dijon i dalej. Byłam mocno zagubiona, przez ostatnie pół godziny nawigowałam Amerykanina, który nie mógł sobie poradzić z francuskimi znakami. Znalazłam czyjeś dokumenty w trawie – czy to na tej podstawie imigranci zyskują obywatelstwo? To już trzecia taka sytuacja w tym tygodniu. Może ktoś postanowił zrzec się swojego imienia? Osobowości? Historii? Nie wiem. Wtem zatrzymał się On – Olivier, człowiek, który będzie mnie prowadził od tego momentu do końca mojego życia.
Olivier pierwszy raz zatrzymał się dla autostopowicza i pierwszy raz postanowił zaprosić kogoś obcego do auta. Wyglądał na dwadzieścia parę lat, a jego rysy wskazywały na nieco azjatyckie pochodzenie. Gdy zaczęliśmy rozmawiać okazało się jednak, że jest Niemcem i wraca do kraju odwiedzić znajomych. Olivier ostatni rok spędził na jeżdżeniu ciężarówką po Kanadzie i USA, w celu poszerzania horyzontów. Wcześniej mieszkał co nieco w Tajlandii, Indiach i sporo podróżował. Robił wrażenie młodego Niemca, który postanowił przerwać naukę po liceum i rozpocząć duchową podróż po świecie.
Rozmawialiśmy. Dziesięć dni milczenia podczas sesji Vipassany w Tajlandii, wiesz coś o tym? - jasne, dowiedziałam się o tym od pewnej dziewczyny tydzień temu. Robiła to samo w Australii. Depresja często tworzy ścieżkę rozwoju artystom, czyż nie? - jasne, chwała Bogu za depresję! Rozmawialiśmy o wszystkim, o każdej skrajnej emocji jaka w nas siedziała przez lata naszego życia, o strachu, który paraliżuje, o bezgranicznym szczęściu, o potrzebach, o nadziejach, o podróżach, ludziach, muzyce, a nawet ohydnej sałatce ziemniaczanej kupionej w markecie. Po pięciu godzinach z najlepszym przyjacielem – pozwoliliśmy sobie porozmawiać także o papierosach.
  • Palisz?
  • Nie chcę Ci o tym mówić.
  • Palenie to chyba nie najcięższy temat z tych dzisiaj poruszonych.
  • Rzuciłem.
  • Dawno temu?
  • Jakieś osiemnaście lat temu.
  • Och, czyli zacząłeś bardzo wcześnie! Ile miałaś lat?
  • Faustyno, wiesz, dlatego nie chciałem ci mówić. Jak długo rozmawialiśmy tak ten wiek nie miał znaczenia. Byliśmy tylko ludźmi, z nadanymi imionami i historiami do opowiedzenia. Nic więcej nas nie charakteryzowało, nie określało. Może jeszcze wspólny cel drogi, ale nic poza tym. Teraz dużo się zmieni, wiek zawsze tworzy ramy, perspektywy. Już raz to przechodziłem rozmawiając z pewną młodą dziewczyną w Tajlandii.
  • Wydaje mi się, że teraz to nie będzie miało znaczenia.
  • Czterdzieści trzy.
  • Widzisz, mam dwadzieścia jeden lat mniej.
Im bardziej próbowaliśmy na to nie reagować, tym głośniej każdy z nas mówił – JAK TO? Myślałam, że masz dwadzieścia osiem lat – maksymalnie! Lub słuchając cię byłem przekonany, że masz już trzydzieści, a przynajmniej się zbliżasz. Wow, wiek rzeczywiście wciska człowieka w jakieś chore ramy.

Z każdym naszym kilometrem nasze więzi się pogłębiały. Olivier zaczął się przejmować tym, że wpuszczając mnie do swojego auta przejął odpowiedzialność. Nie chciał mnie zostawić byle gdzie i jechać dalej, a jednocześnie wiedział, że nie może zaoferować mi noclegu. W trakcie szukania mojego miejsca przesiadkowego pomogliśmy jeszcze kilku polskim kierowcom. Potem postanowiliśmy jechać jeszcze dalej we dwójkę. Opowiadał mi o Indiach, o tym dlaczego świat jest taki a nie inny, dlaczego powinnam pisać (chwała Bogu za depresję!), dlaczego mam mu obiecać, że kiedyś ukończę moją książkę i dlaczego to aż tak ważne. Olivier wspominał także o przywiązywaniu się do rzeczy materialnych.
Kiedyś zdecydowałem się gromadzić całą muzykę, która miała na mnie wpływ przez lata życia. Zajęło mi to dłuuugie miesiące. Setki czy nawet tysiące płyt – miliony wspomnień przypisanych każdej piosence – niektórych nie mógł bym odtworzyć bez muzyki. Wszystko miałem na przenośnym dysku. Pewnego dnia wyszedłem do sklepu, takiego w którym bywałem codziennie. Gdy wróciłem do auta, zorientowałem się, że ktoś wybił szybę i wiele lat mojego życia zniknęło. Na zawsze. Na zawsze dopóki wierzyłem, że tylko w ten sposób mogę je zatrzymać. Są inne wyjścia, ale wszystko jest ulotne. Jest, było i będzie, dlatego trzeba to zaakceptować.
Gdy przyszła pora powiedzenia sobie do widzenia, przypomniałam mu tę historię wszystko jest ulotne, czyż nie? Olivier nie chciał mnie zostawić, skoro otworzył dla mnie swój świat to głupio było zostawić mnie samą sobie. Prawie płakał, trzymał mnie za rękę i nie chciał odjechać. Niemal siłą wepchnęłam go do auta i kazałam jechać do domu znajomych. Odjechał. Odjechał na zawsze, a mi pozostał tylko namiar na jego facebooka.

Minęło kilka miesięcy. Zaczęłam pisać książkę dla Oliviera. W zasadzie książkę dla mnie i dla świata, ale w celu realizacji obietnicy złożonej Olivierowi. Stwierdziłam, że musi tam się pojawić jego imię, jego postać, chociaż kilka z tych historii, które do dziś mnie inspirują. Chciałam sobie przypomnieć jego twarz, aby odnaleźć rytm. Włączyłam facebooka, rozpoczęłam poszukiwania i... nie znalazłam go. Olivier przepadł z Internetu, wybrał wolność, życie życiem, brak powiązań. Tym razem ja chciałam płakać. Czy obecność w social mediach ma aż tak wielkie znaczenie? Czy tylko Internet jest w stanie utrzymać nasze znajomości na wieczność? Czy to w ogóle naturalne? Olivier zniknął i nigdy więcej go nie odnajdę, nie w ten sposób.

Przypomniałam sobie o jego historii na temat muzyki, kolekcji wspomnień – jak w tym momencie postąpiłby Olivier? Dokładnie tak – zaakceptował to i żył dalej. Jeśli mamy się jeszcze spotkać, z pewnością się spotkamy. Tymczasem wiem, że był to ten jeden z moich Aniołów, ten który mnie prowadzi, motywuje i kilka wieków temu mógłby być tym słynnym mentorem-nauczycielem, w jednej z książek Hermana Hessego. Co zatem z innymi Aniołami?

Spotkałam ich w życiu kilku – Łotysza o blond lokach, który towarzyszył mi całą drogę spod Berlina aż do mojego mieszkania w Warszawie, gdy byłam już na skraju wyczerpania. Czy też Martina – człowieka, który po latach uzależnień przeobraził się w chrześcijanina pałającego energią i miłością. Martin był odpowiedzią na moje sfrustrowane modlitwy o drugiego Oliviera. Sprawił, że pierwszy raz mogłam usiąść nad jeziorem Bodeńskim wieczorem i potem bezpiecznie dojechać pod dom w Zurychu, mimo że było to jakieś 150 kilometrów od jego celu.

Pytanie brzmi: czy my też mamy szanse być dla innych Aniołami? Co sprawia, że kilka godzin rozmów jest w stanie odmienić czyjeś życie? Długo to ostatnio analizowałam, dlaczego akurat ci ludzie, w tych momentach, w ten sposób? Wiecie co? Doszłam do najpiękniejszego wniosku, że przecież mnie też się to już kiedyś przytrafiło.

Ostatniego lata wybierałam się na powtórkę camino – dokończyć trasę, którą przerwałam rok temu. Byłam już w drodze do Hiszpanii, we Francji, ale zboczyłam nieco z kierunku. Pijąc kawę i rozmawiając przez telefon z siostrą – poznałam pewnego Anglika. Cześć! Potrzebuję bardzo towarzystwa, chcesz żeby cię gdzieś podwieźć? Tak się zaczęło.

Rok temu miał zawał, dwa lata temu oddał jedną z nerek córce, a kilka dni wcześniej wieloletnia partnerka zostawiła go wysyłając SMS-a. Przez wiele godzin nie jadł, nie spał i obawiał się, że zaraz dostanie kolejnego zawału. Naprawdę potrzebował mojego towarzystwa. Rozmawialiśmy więc o tym, o czym mogę mówić godzinami – o byciu samemu z problemami, o skrajnych sposobach ich rozwiązywania, o inspirujących ludziach. W międzyczasie zaoferował mi odwiedzenie go w Anglii i popracowanie trochę w jego restauracji – jasne, czemu nie? Miałam jechać na camino, ale chyba są na tym świecie inne priorytety. Powiedziałam, że potrzebuję kilku dni na podjęcie decyzji, mimo że wewnątrz wiedziałam już, że na pewno pojadę do Anglii. Rozstaliśmy się w okolicach Paryża, bo tam miałam się zatrzymać. Spędziłam tydzień na przygotowaniach – chodzeniu po sklepach w celu kupienia tego czego na camino się nie zabiera – odpowiednich ubrań, kosmetyków itp. W międzyczasie wysłuchiwałam żartów, że przecież jak tam pojadę to pewnie wrócę bez nerek. Mimo to wiedziałam, że ten mężczyzna mnie teraz potrzebuje i że wyłącznie ja – osoba postronna jest mu w stanie pomóc. Oszczędności wydałam na bilet do Anglii, aby tylko być tam na czas. Okazało się, że człowiek ten ma jeszcze większe serce niż ja i zabrał mnie w chyba najpiękniejszą część tego kraju, oddał połowę domu i zaopatrzył we wszystko to czego nie mogłabym kupić. Spędziłam tam niemal trzy tygodnie. Na rozmowach, wsparciu, próbach pokazania mu mojego świata i gdzieś tam, w międzyczasie – pracy w restauracji. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej płakała opuszczając mojego kierowcę. Nie pamiętam, żebym aż tak się zżyła z kimkolwiek i żebym czuła się tak potrzebna jak tam. No, może raz.

Kilka lat temu, gdy byłam jeszcze bardzo młoda i bardzo głupia – świat zwalił mi się na głowę. Czterdzieści osiem godzin na powrót z Rumunii do domu, pierwszy autostop w nocy samemu, nachalny taksówkarz, oszuści na dworcu, niedziałająca karta, dobowe oczekiwanie, kradzież w pociągu i ambasada niechcąca udzielić pomocy. Wtedy myślałam o tym, że po takich przeżyciach czeka mnie zapewne kariera żebrzącej pod sklepem cyganki. Nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że mogę w tym stanie – skrajnie skrajnym – komukolwiek ratować życie.
Z konsulatu wyciągnęła mnie wtedy kobieta – mój Anioł. Powiedziała, że mnie nakarmi, napoi, pozwoli się przespać i wskaże drogę. Czy to nie tak napisano w Biblii? Głodnych nakarmić, biednych napoić? Na tamten moment nie była mocno wierząca, absolutnie. Miała chore dzieci, a jej ojciec właśnie zmarł. Silna kobieta o szalenie inspirującym życiu, która nauczyła mnie wiele – za co jestem jej wdzięczna do dziś.
Cała sprawa z pogrzebem była niezwykle pochłaniająca dla całej rodziny – zwłaszcza, że przez kilka dni wciąż byliśmy na Węgrzech, a musieliśmy przedostać się do Polski. Przekraczając pierwszy raz próg domu czułam wielki strach – ktoś otwiera dla mnie swój świat, w tak niemożliwie emocjonalnym momencie. Wszyscy czuliśmy ten ciężar. Dopiero z czasem, gdy okazało się, że nie mogę stamtąd wyjechać sama, sytuacja zaczęła się zmieniać. Pomagałam w domu, sprzątałam, gotowałam, opiekowałam się dziećmi, miałam szansę zwiedzić Budapeszt i okolice, ale przede wszystkim – żyliśmy w symbiozie. Oni uratowali moje życie a ja pomagałam im wrócić do ich życia. Trafiając tam w samym sercu żałoby stałam się sygnałem Halo, Ziemia dalej się kręci, musicie iść naprzód. Oczywiście, nie są to sytuacje proste, nie są przyjemne. Bardziej nazwałabym to katharsis, ale jedno trzeba przyznać – przeżycie czegoś takiego całkowicie zmienia światopogląd. Rezygnacja z hedonistycznych przeżyć na rzecz wzajemnej pomocy i poprawy standardów ludzkiego życia to najwspanialsze co może być.

Anioły są wśród nas, wiecie? Wierzę, że może teraz nieco łatwiej będzie Wam wyobrazić sobie, że każdy z nas ma szansę zostać jednym z nich. Że ta wolna wola, bycie panem swojego życia, sterem-marynarzem-okrętem – to wszystko jakoś ładniej wygląda, jakoś milej się odczuwa jeśli tylko możemy komuś pomóc i pokazać drogę. Przecież nie każdy z nas zawsze nosi przy sobie mapę, a komórki z nawigacją też potrafią się rozładować.


Bądźmy dla siebie, kochani.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz